Dorota: Cześć Iza!
Iza: Cześć Dorota!
D: My się już troszeczkę znamy. Zdecydowanie dłużej, niż jest ten podcast. Cieszę się, że byłaś bardzo chętna do tego, aby uczestniczyć w tym odcinku.
I: Uznałam, że to jest fantastyczny pomysł, jak do mnie napisałaś. Pomyślałam dosłownie o ty samym, że fajnie byłoby, gdyby ten podcast rozwinął się do takich historii osób, które zwalczyły zaburzenia odżywiania.
D: Też uważam, że to jest fantastyczny pomysł, a jeżeli jeszcze są osoby, które chcą mi w tym pomóc, to dlaczego tego nie wykorzystać, prawda?
I: Prawda.
D: Dobra, może przejdźmy od razu do Ciebie bezpośrednio. Do Twojej historii. Czy mogłabyś powiedzieć, jak to u Ciebie się zaczęło? Czy jest jakiś moment, który pamiętasz, że przychylił szalę zdrowia na te tory zaburzeń odżywiania?
I: Myślałam nad tym, jak to się tak naprawdę zaczęło i co było początkiem. Trwało to bardzo, bardzo długo – może nawet najdłużej ze wszystkich Twoich rozmówczyń – bo prawie 20 lat. Zaczęło się w liceum, bardzo niewinnie. Po pierwszej klasie liceum, kiedy trochę się zmienił tryb mojego życia – więcej się uczyłam, bardziej się stresowałam, nowe otoczenie – przytyłam kilka kg i w wakacje stwierdziłam, że to jest doskonały pomysł, żeby te kilka kg zrzucić. Zaczęłam to robić w taki przyzwoity sposób, czyli jadłam trochę mniej i w zasadzie bardzo szybko wróciłam do pierwotnej wagi, od której zaczynałam. Tylko że w tamtym momencie przestało mi to wystarczać i zaczęłam się w to wkręcać. A to już była taka era, kiedy były kolorowe pisma i były diety 1000 kalorii – teraz nie do pomyślenia. Zaczęłam się w to wkręcać i pamiętam, jak miałam taki pierwszy dzienniczek i tam sobie sprawdzałam co ile ma kalorii. Wtedy pierwszy raz poznałam ideę liczenia kalorii. To był taki początek.
D: Pamiętam te lata sprzed Internetu, w którym jest wszystko, że były kolorowe gazety, w których było mnóstwo „top diet”, takich koszmarnych, więc myślę, że o nich właśnie mówisz.
I: Tak. Już teraz nawet nie pamiętam tych nazw. Jakieś diety na grupę krwi i jakieś inne. 1000 kalorii była najbardziej popularna. Nie wierzę, jak to mogło być przypisywane przez dietetyków, ale autentycznie nieważne czy ważyło się 100 kilo, czy 50 kilka, to zawsze 1000 kalorii.
D: Tak. Rozpoczęcie swojej przygody z odchudzaniem w tamtym czasie było zupełnie inne niż teraz, bo wtedy świadomość żywieniowa była gorsza i było dużo mniej informacji naprawdę rzetelnych, w związku z czym też trochę się nie dziwię, że pierwsza dieta mogła Cię popchnąć do kolejnej. Mówisz, że fajnie zaczęłaś i to było jedzenie trochę mniej. Też byłaś młoda, miałaś niezniszczony, nieskazitelny metabolizm, więc wtedy małe zmiany powodowały, że łatwo było wrócić do siebie, ale mimo wszystko coś Cię skłoniło do tego, żeby na tym nie kończyć, tylko cisnąć dalej.
I: Tak. W zasadzie – teraz już to wiem, ale wtedy nie wiedziałam i zupełnie nieświadomie w to brnęłam, wręcz nawet otoczenie mi kibicowało – do pewnego momentu to było niewinne. Dopóki nie przekroczyło to pewnych granic i nie było takich objawów, jak zanik miesiączki czy niedożywienie.
D: A pamiętasz po jakim czasie to było mniej więcej? Ile lat już tkwiłaś w tym ograniczaniu się? Kiedy nastąpił brak miesiączki?
I: Właśnie tego dobrze nie pamiętam. Pamiętam, że to ukrywałam przez jakimś czas, bo nie wydawało mi się, że warto się tym dzielić na początku. Bałam się. Wydaję mi się, że to mogło być po kilku miesiącach, może do pół roku, ale ujawniłam się z tym po roku. Powiedziałam mojej mamie. W tamtym czasie nie byłam zdiagnozowana, jeśli chodzi o anoreksję i żadne zaburzenia odżywiania, tylko byłam leczona objawowo, czyli niedożywienie. W związku z czym kazano mi jeść oraz zanik miesiączki – tu też kazano mi jeść – ale dodatkowo weszły hormony.
D: Jeżeli na zanik miesiączki powiedzieli Ci, że masz więcej jeść – jeżeli to był lekarz – to całkiem fajnie. Rzadko się spotykam z takim podejściem, raczej od razu hormony i tyle. I to ma pomóc.
I: Tak. Z jednej strony to wydaje się teraz proste powiedzieć: po prostu jedz więcej. Otoczenie może nie rozumieć, dlaczego ktoś doprowadza się do tego stanu i nie zacznie zwyczajnie jeść więcej. Z jakiegoś powodu, ponieważ ja nie doszłam do takiej bardzo niskiej wagi, która by wymagała hospitalizacji, a anoreksja właśnie mam wrażenie kojarzy się z hospitalizacją – to nie było dla wszystkich oczywiste w tamtym czasie i obecny stan wiedzy nie pozwalał na diagnozę, że to była anoreksja, bo wszystkie inne objawy o tym świadczyły.
D: Oczywiście zgadzam się w 100%. Często spotykam dziewczyny o zupełnie normalnej masie ciała, które mają wszystkie objawy anoreksji i traktuję je dokładnie tak samo.
I: Niestety ja się dowiedziałam o tym post factum. W zasadzie miałam to przez 20 lat. Nieważne czy ja ważyłam więcej czy mniej, to w zasadzie dopiero u Ciebie w podcaście dowiedziałam się, że jest coś takiego jak anoreksja atypowa.
D: Długą drogę musiałaś przejść, żeby posłuchać tego odcinka, prawda?
I: Tak. Najbardziej niebezpieczne – teraz z perspektywy czasu – wydaję mi się, że jest to, co się stało ze mną 8 lat temu.
D: No właśnie. A jakie są najcięższe Twoje wspomnienia z zaburzeń?
I: Wydaję mi się, że najcięższe i najtrudniejsze w zaburzeniach odżywiania dla mnie jest takie niezrozumienie i wręcz osamotnienie w tym niezrozumieniu. To doprowadziło do tego, że ja w ogóle tak długo w tym tkwiłam, bo wydawało mi się to też normalne. Nie miałam diagnozy. Dużo się o tym nie mówiło. I zaczęłam mówić o tej drugiej fali – ta druga fala to było właśnie 8 lat temu – kiedy wkręciłam się w trening siłowy. Zaburzenia odżywiania zakrywałam pod płaszczykiem redukcji, six packa, low-carbu i tych słów kluczowych. To też się zaczęło niewinnie, bo postanowiłam sobie, że już teraz na pewno zdrowo, że włączę ruch, trening siłowy i problem polegał na tym, że ja tak żyłam kilka lat. Teraz to mi się wydaję zabawne. Teraz z tych mechanizmów i z niektórych wspomnień się śmieję, ale jak się w tym tkwi, to jest tak, że albo to jest normą, albo trochę mnie to przeraża. A dla ludzi, którzy nie mają o tym pojęcia, to nawet nie jest śmieszne, tylko jest to tak abstrakcyjne, że nie potrafią objąć tego rozumem. Moja przyjaciółka, która nigdy w życiu nie była na żadnej diecie i jest jedynym „normalsem” albo jednym z nielicznych, których znam – je intuicyjnie całe życie i cały czas tak samo wygląda – uświadomiła mi, jak absurdalne, jak nie do ogarnięcia umysłem, są te zachowania dla niej.
D: Masz rację, bo wiele z tych zachowań wydaje się abstrakcyjne totalnie, ale jak już w tym jesteś kilka lat, to jedno takie zachowano czy drugie w sumie już nie robi różnicy, bo już jesteś w to tak wkręcona, że wydaje Ci się to totalnie normalne.
I: Jak wytłumaczyć takiej osobie, która nigdy nie miała zaburzeń, fenomen najadania się widokiem jedzenia w sklepie?
D: No właśnie.
I: Widzisz drożdżówki w sklepie i to Ciebie najada. Albo ustawiania całego tygodnia, planu jedzenia w tygodniu pod wyjście na miasto w weekend. Albo wyjazdów po to, żeby tam były miejsca, w którym mogę coś zjeść i tłumaczysz to sobie nietolerancjami – w większości urojonymi – i ludzie to do pewnego momentu akceptują, bo teraz jest moda na to, że nie je się glutenu, mleka albo jest się na jakimś protokole dietetycznym. Teraz to mi się wydaję zabawne. Ja to już zrobiłam jako dorosła osoba, nie nastolatka. Zrobiłam dokładnie to samo. Ubzdurałam sobie, że chcę wrócić do wagi sprzed anoreksji, że to była ta moja naturalna waga. I zdrowo, nie? Bo 1500 kalorii to już nie 1000. Treningi też przecież nie są niezdrowe.
D: No właśnie. Tak sobie myślę, że też to bardzo się zmienia, bo organizm z czasem bardziej manifestuje to, że ma za mało energii, prawda? Więc 1500 kalorii, do tego ostre treningi crossfitu czy siłowe, to wiadomo, że to jest super mało.
I: Tak. I nie stawiaj wtedy w mojej obecności masła orzechowego, które było moim zapalnikiem. To tak, jakby organizm miał własne instynkty samozachowawcze przetrwania i po prostu nie dopuszczał do tego, żebym się zagłodziła, bo to już było tak odbierane. Miałam takie – teraz mi się wydaję – szalone pomysły. Ćwiczenia 5-6 razy w tygodniu, bycie na 1300 kalorii i jeszcze low-carb – to był największy hardcor, jaki zrobiłam. To było tak złe, że teraz jak o tym myślę, to niewyobrażalne mi się wydaję, że to robiłam i funkcjonowałam. Chodziłam normalnie do pracy i cisnęłam.
D: Powiedz mi jak się wtedy czułaś fizycznie i psychicznie? Spodziewam się, że psychicznie byłaś w to tak wkręcona, że wiedziałaś, że to jest teraz Twój cel, musisz to zrobić, utrzymać i tyle.
I: To są takie wspomnienia, które teraz jak o nich myślę, to nie wywołują śmiechu ani uśmiechu nawet, bo myślę, że każde zalanie się wodą wywoływało u mnie taki atak paniki, płaczu i jakichś emocji, jakby świat mi się zawalał. Organizm już był tak rozregulowany, że gdybym zjadła trochę więcej węglowodanów albo nie wyspała się, to już by nie było na przykład widać mięśni na brzuchu. Tak to przeżywałam, ale fizycznie to ja byłam wykończona. Byłam nerwowa, zafiksowana, skoncentrowana na tym, żeby cisnąć i robiłam wszystko wbrew naturze swojej. Cisnęłam przez jakiś czas.
D: To jest taki stan, w którym absolutnie nie słucha się potrzeb organizmu, tylko cały czas dyktuję mu się po swojemu. To doprowadza do tragedii.
I: Tak, to jest jedno. A drugie – teraz już wiem z perspektywy czasu – że to była też jakaś moja forma potrzeby kontroli. Umysł osoby z zaburzeniami odżywiania – w moim przypadku to był umysł osoby kontrolującej i umysł perfekcjonisty, czyli wbrew pozorom nie osoby, która chce być perfekcyjna, tylko osoby która jest wiecznie niezadowolona z siebie – porażkę czy jakieś niepowodzenie uznaje za załamanie się życia, a sukces jest zawsze niewystarczający i zawsze się podkopuje ten sukces. Myślę, że to się też niestety odbijało na tym, jak na siebie patrzę jak na kobietę, na osobę. Niskie poczucie własnej wartości, niska pewność siebie, mimo że masz niby to, co chcesz i masz przez jakiś czas ten six pack, o którym się marzyło czy doszłam do tej wagi, którą sobie wymyśliłam na początku, ale to nigdy nie chodziło o wagę, o to ciało. Tak naprawdę pamiętam dobrze moment, kiedy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze już ważąc swoją wymarzoną, wyśnioną wagę i takie światło akurat padało w łazience, że widziałam jakieś nierówności na moich udach. I pomyślałam: nie wierzę, tyle harowania i to jest ten efekt? Więc tu nigdy nie chodziło o tę wagę, o to ciało, tylko o nieakceptowanie w jakiś sposób siebie i nieważne z jaką wagą.
D: Właśnie o to chodzi, że często przy okazji rozmawiania z jakąś osobą, przywoływane jest to, co przed chwilą powiedziałaś, że: teraz jestem w sumie niezadowolona z siebie. Jak ważyłam mniej, też byłam niezadowolona. Więc właściwie o co tutaj chodzi? Czy faktycznie to harowanie całe jest tego warte? U niektórych też pojawia się taka autoagresja, że robią to sobie jakby na złość.
I: Trochę tak, ale tracąc naturalne instynkty, miałam wrażenie, że dzieją się z moim ciałem takie rzeczy, na które ja już przestaję mieć wpływ.
D: Tak. Tak jest po pewnym czasie.
I: Tak, po pewnym czasie, bo to już trwało tyle lat.
D: Na czym to polegało?
I: W niektórych momentach wydawało mi się, że ja sobie coś wkręcam, że mam jakieś nietolerancje, gorzej się czuję, mam zjazdy energii, zasłabłam i mi się wydawało, że może za mało tego dnia zjadłam albo się nie wyspałam, ale przez to, że interesowałam się zdrowiem – osoba zaburzona bardzo się interesuje jedzeniem, dietami, wpływem tych diet, co można zbadać ewentualnie – i była moda na nietolerancje pokarmowe. Tego akurat nie zrobiłam, bo się powstrzymałam przed wydaniem 2 tysięcy złotych na te badania, ale zaczęłam się badać bardziej regularnie. Robiłam różne badania krwi i w nich wyszło, że mam hipoglikemię, którą jak skonsultowałam z jakimś dietetykiem okazało się, że to może być wynik długotrwałego bycia na diecie niskowęglowodanowej. Stąd były te osłabnięcia. Po źle zbilansowanym posiłku, miałam spadek energii. Po jakimś czasie zaczęły się problemy z jelitami, żołądkiem. Po wielu rzeczach bardzo źle się czułam, bolał mnie brzuch. Teraz już wiem, że to jest wynik różnych eliminacji przez lata.
D: To też jest bardzo ciekawe, bo robiąc eliminacje, wykluczając kolejne grupy produktów czy produkty poszczególne – chcemy osiągnąć jakiś pozytywny efekt, bo mamy już tak wyniszczony organizm, że w sumie on zaczyna hiper reagować na różne produkty w różny sposób. Jelita już wiadomo, że są zmasakrowane zazwyczaj dużą ilością błonnika, po drugie wynika to z niskiej dostępności energii. Przestają pracować prawidłowo, czasami się dysbioza wkrada, bo nie ma odpowiedniej ilości probiotyków, żeby odżywiały wszystkie bakterie probiotyczne. Poza tym olbrzymi stres w organizmie. To wszystko wpływa na organizm, a my wykluczamy kolejne rzeczy, zafiksowani tym, że to nam teraz pomoże i to będzie w końcu ten element, który sprawi, że poczujemy się lepiej. Ja miałam dokładnie to samo, co Ty opisujesz, więc bardzo to rozumiem.
I: To było chwytanie się tej kolejnej rewelacji, kolejnego odkrycia naukowego, że to może być ta przyczyna, może powinnam więcej witaminy C przyjmować, bo wtedy nie będę tak puchła albo odrzucić nabiał, bo on też powoduje zbieranie się wody w organizmie. A przecież jak się zbiera woda, to już nie widać tego six paka. To jest przecież sens życia posiadać go. W tamtym czasie to był sens życia.
D: Jest się w takim dziwnym stanie, że faktycznie rzeczy pozornie dla osoby zdrowej, totalnie nie mające sensu, tutaj stają się największą fiksacją.
I: Pamiętam też wyjazd do Barcelony z moimi przyjaciółkami, jak trudno ze mną było na wyjazdach, kiedy przez godzinę szukałyśmy odpowiedniej restauracji, żeby coś zjeść, bo ja mam problemy, że nie mogę wszystkiego zjeść. To nie jest tak, że ja mogę wejść do byle jakiego miejsca i po prostu coś zjeść. To, że jak coś zjadłam i mi coś zaszkodziło, to powodowało dyskomfort. Miałam wręcz stan obniżonego nastroju, nie chciałam wychodzić do ludzi. Dystansowałam się społecznie i wygodniej mi było zrobić sobie coś w domu czy nawet zaprosić ludzi do domu, bo wiedziałam wtedy, że ja przygotowuję coś od podstaw, wiem ile ma to kalorii, z czego się składa i czuję się bezpiecznie w tym. To już był mix wszystkiego. Ortoreksji, anoreksji i nawet nie wiem jak się to wszystko nazywa.
D: Po tylu latach to był już cały pakiet.
I: To już nie ma znaczenia, jak to się nazywa. Chociaż powiem Ci, że jednak trochę ma, bo najpierw musisz sobie uświadomić, że masz problem i go nazwać. To było dla mnie bardzo ważne przy wychodzeniu z zaburzeń. Dopóki nie miałam tej świadomości – wydawało mi się, że to jest normalne, bo też otaczały mnie osoby, które na przykład eliminowały produkty albo były na jakimś protokole low-carb, bo obracałam się wśród ludzi, którzy ćwiczyli. Wydawało się to w miarę normalne.
D: A powiedz mi czy miałaś takie uczucie, że określenie anoreksja atypowa jest zbyt mocne dla Ciebie?
I: Nie. Dlatego, że kiedyś miałam taką sytuację – i to też była dla mnie bardzo traumatyczne wydarzenia – że byliśmy u moich przyjaciół z czasów liceum, którzy pamiętają to, że w liceum miałam niedożywieniowe skłonności i była tam ich znajoma. To był Sylwester albo jakaś impreza. Było tam dużo jedzenia na stole. Ta znajoma moich przyjaciół podeszła do mnie i zapytała: Iza, czy Ty przypadkiem nie masz anoreksji? Powiedziałam: Nie! Byłam oburzona, że ona przy stole, gdzie są wszyscy, zadaje takie pytanie. Wyparłam to. Powiedziałam, że w liceum miałam taki problem, ale że teraz wszystko ok. Zaczęła mi tłumaczyć, że po pierwsze z anoreksji nie da się wyjść. Było to mało budujące i bardzo niemiło było mi to usłyszeć. A po drugie powiedziała, że te zachowania, które ona obserwuje u mnie, to są zachowania anorektyczne, czyli że ja nie zjem jak normalna osoba, nie nałożę sobie normalnej porcji, tylko coś podzióbię z wszystkiego. Tak, jakbym się bała tego jedzenia. Wywołało to we mnie złość. Po pierwsze co jej do tego?
D: Dziwna sytuacja w ogóle.
I: Bardzo dziwna i bardzo to zepsuło atmosferę, ale ona słynie z tego, że jest bardzo bezpośrednia i czasem powie o jedno słowo za dużo. To mi trochę dało do myślenia, ale tak naprawdę w tamtym momencie jeszcze nic z tym nie zrobiłam. Stwierdziłam, że ona nie ma racji, że nie mam tego problemu. Myślę, że nie było takiego momentu przełomowego, w którym sobie uświadomiłam, że jest problem, tylko gdzieś to we mnie kiełkowało. Był taki silny punkt, kiedy się zdecydowałam do Ciebie zadzwonić, ale tak naprawdę pewnie, gdyby się te inne rzeczy po drodze nie wydarzyły, to bym nie zadzwoniła finalnie. Ta historia się zaczęła od Ciebie i skończyła na Tobie w pewnym sensie, bo pierwsze sygnały, że może być coś nie tak miałam, jak zaczęłam czytać Twojego bloga. Dużo tam, mówiłaś o diet breakach, o tym, że możemy sobie czasem pozwolić, żeby zjeść normokalorycznie.
D: Pamiętam, że napisałaś do mnie z półtora roku temu? Spodziewam się, że to był ten czas kiedy zaczęłaś bardziej czytać tego bloga?
I: Wiesz co? Ja myślę, że nawet to było wcześniej. Jak jeszcze mieszkałam w Poznaniu, a nie mieszkam już w Poznaniu 4 lata. Tylko to był pierwszy kontakt z tym, że bycie na 1500 kalorii wcale nie musi oznaczać, że to jest coś dobrego. To był taki pierwszy sygnał, że ja może za długo jestem na tym 1500 kalorii. Bardziej o to mi chodziło. Wtedy ja się skupiałam na samym procesie, a nie na tym, co dolega mojej duszy i mojej głowie. Myślę też, że takim kamieniem milowym mojej historii było to, że ja zmieniłam miejsce zamieszkania i przede wszystkim pracę, która na pewno nie pomagała mi wyjść z zaburzeń. Mogę powiedzieć, że wręcz była toksyczna dla osoby z zaburzeniami.
D: Ze względu na środowisko?
I: Ze względu na tematykę, jaką się zajmowałam. Bardzo nakierowane to było na myślenie o wyglądzie czy o wadze i tak dalej. Taki był klimat podczas na przykład rozmów w kuchni, o tym się po prostu mówiło. To mi bardzo dobrze zrobiło, bo to był taki kamień milowy, a potem po drodze zbierałam małe kamyczki. Była to terapia, zajęcia dla kobiet, porozumienie bez przemocy, bardziej skupienie na potrzebach, przyjaźń z osobą, która nigdy nie była na diecie i takie olśnienie, że można intuicyjnie jeść.
D: To jest super.
I: Zaczęłam też znajdować zagraniczne źródła, w których dużo dziewczyn mówiło o zaburzeniach odżywiania i o tym, jak z nich wyszły. W zasadzie mówiły trochę o mnie, tylko o sobie. Tego było sporo. Zdziwiona byłam, że tak mało jest o tym w Polsce. Oprócz tego Twojego bloga – teraz już podcastu – to w zasadzie jeszcze kojarzę, że było jedno takie nagranie pojedyncze, że dziewczyny z Warszawski Koks nagrały takie wideo. Nagrały jeden odcinek o tym i powiedziały, że miały taki problem. Jeszcze może Wilczogłodne.
D: Właśnie dużo osób zaczęło o tym nagrywać w pewny momencie. Tak, jakby wszyscy zaczęli się odsłaniać nagle, prawda?
I: Tak. Nagle zaczęły się odsłaniać, ale myślę, że bardzo dojrzałe było podejście do tego właśnie niektórych dziewczyn z zagranicy, bo one doszły do tego intuicyjnego jedzenia, ale tłumaczyły, że to nie jest tak, że można z punktu A – czyli bycia w głębokiej dziurze zaburzeń – przejść do intuicyjnego jedzenia tak z dnia na dzień. To jest proces i tutaj też mogę polecić taką dziewczynę, która się nazywa Natasza Osjan. Ma takie pozytywne podejście do tego. Zaczęło to być fajne, że dziewczyny bez wielomilionowych zasięgów zaczęły o tym głośno mówić i nie wstydzą się o tym mówić. To było takie pokrzepiające, a jednocześnie nadal wiedziałam, że mam ten problem, ale jednak jeszcze nic z tym nie robiłam cały czas, do ostatniego momentu. W zeszłym roku, zanim do Ciebie zadzwoniłam myślałam, że znowu muszę przejść na jakiś protokół. Moje ciało już było wykończone. Już nie miało siły. A ja chciałam znowu coś, ale tym razem może nie 1500 a 1700 kalorii.
D: Wiesz co? Właśnie tak pomyślałam sobie, że faktycznie jest tak, że już powoli zaczynasz rozumieć, że już nic z tym nie zrobisz. Już żadna dieta tutaj nie pomoże, kolejne wykluczenie już nie będzie dawało tego efektu pozytywnego – tylko trzeba po prostu zacząć jeść. Jest taki moment, w którym zaczynasz rozumieć, że czeka mnie to – muszę zacząć jeść normalnie.
I: Powiem Ci, że dopiero Ty mi to uświadomiłaś. Punktem kulminacyjnym była rozmowa z moją przyjaciółką, która po prostu – jak jej zaczęłam znowu referować, co ja muszę zrobić, żeby znowu coś tam zadziałało, coś się odblokowało, że może jakiś inny trener, inna dieta, inny dietetyk, bo ja już wszystkich możliwych przerobiłam – ona powiedziała mi tak dosadnie i szczerze, że mam problem, że dobrze by było, gdybym się tym zajęła. I myślę, że następnego dnia do Ciebie zadzwoniłam. Tak to było. Stwierdziłam, że jednak muszę z kimś potwierdzić, że faktycznie mam ten problem i wtedy już nie ma odwrotu. To będzie zdiagnozowane i Ty mi powiesz, co ja mam dalej zrobić.
D: I chyba tak było, nie?
I: Tak, tak było. To było pod koniec października. Pamiętam tą datę to był 24 października – dzień w którym przestałam liczyć kalorie po prawie 20 latach i zapisywać je w aplikacjach czy w kalendarzykach, które prowadziłam praktycznie codziennie.
D: To było łatwe?
I: Tak. To było akurat łatwe. Najłatwiej poszła mi ta część związana z jedzeniem. Mój umysł był tak zmęczony liczeniem, analizowaniem kalorii spalonych, kalorii które jeszcze mi zostały i przeliczaniem tego non stop, że chciałam żyć wreszcie i chciałam zająć się czymś innym. To był uwalniające i poszło mi w miarę prosto. Gorzej część związana z odbudowaniem relacji z własnym ciałem, bo pamiętam, jak na warsztatach, na których byłam 3 lata temu, były jedne zajęcia dotyczące ciała. Dla mnie moje ciało i ja to były dwa osobne byty. Lubiłam siebie, jaka jestem. Lubiłam swoją energię, ale nie lubiłam do końca swojego ciała. Ten proces dochodzenia do tego, żeby uwierzyć, że to jest jedność i nie byłabym sobą, gdyby nie to, jakie mam ciało naturalnie – to mi zajęło najwięcej czasu.
D: Iza, a możesz powiedzieć kilka słów na temat tego, jak wyglądało samo wychodzenie z zaburzeń odżywiania u Ciebie? Możesz je podzielić na jakieś etapy? Jakieś konkretne rzeczy sprawiały Ci największą trudność? Od czego zaczęłaś? Możesz opowiedzieć jak my współpracowałyśmy. Na jakiej zasadzie cały czas parłyśmy do przodu, żeby pomóc Ci przekraczać kolejne granice albo przyzwyczajenia? Co najbardziej pamiętasz?
I: Przed telefonem do Ciebie byłam już gotowa. Czułam w sobie dużo złości i chęć rozprawienia się z problemem. Przeczytałam wszystkie Twoje podcasty, które zdążyłaś nagrać w tamtym momencie i tam usłyszałam pierwszy raz nazwanie tego problemu, który miałam. Bardzo mi to pomogło. Świadomość problemu i nazwanie go. Punktem przegięcia było to, kiedy przeczytałam książkę „Naciągnięte”. Po przeczytaniu tej książki poczułam się taka oszukana, że uczestniczyłam w tej manipulacji przemysłu dietetycznego i że przez to jestem w tym punkcie, w którym jestem. Bardzo nie chciałam już być w tym punkcie. Potem przystąpiłyśmy do pierwszych konsultacji. Do ustalenia sposobu, planu na to, jak będę z zaburzeń wychodzić i bardzo były dla mnie pomocne pytania, które zadawałaś. To, że się ustosunkowujesz do moich odpowiedzi. Świetnym ćwiczeniem była też codzienna obserwacja stosunku do jedzenia i ciała. Oprócz tego, że uzupełniałam dokumenty, które przygotowałaś, to niezależnie próbowałam pisać też swój dziennik – odręcznie, nie elektronicznie – gdzie na koniec dnia mogę sobie zapisywać myśli i obserwować mój nastrój, stosunek do jedzenia i ciała. To mi bardzo pomogło i motywowało mnie do tego, żeby się nie poddawać. Wiedziałam, że kiedyś będzie dużo lepiej. Teraz jestem już w innym punkcie. Łatwo zapomnieć o drodze, którą się przeszło. Trochę to u mnie zajęło, ale taką realną poprawę już po 2-3 miesiącach można odczuć. Teraz minęło już 8 miesięcy i to jest w ogóle inny stan ducha, energia, nastawienie. Zajmuje to trochę czasu, ale problemów, które trwały prawie 20 lat nie da się rozwiązać przez miesiąc czy dwa. Nadal mogą się pojawiać głosy, które podpowiadają, żeby przejść na kolejną dietę, ale radzę sobie już z nimi. To jest moje zwycięstwo i wygrana walka z problemem odżywiania.
D: A teraz jak jest?
I: Teraz jest tak, że pozbyłam się kontrolowania i uczucia perfekcjonizmu, bo to się przekłada też na życie tak ogólnie. Nie tylko ten aspekt, ale też to, że umiem celebrować swoje sukcesy, siebie doceniać i niepowodzenia nie traktuję, jako końca świata, tylko jako lekcję, z której mogę coś wyciągnąć. To już jest przerobiony temat. Wiadomo, że są jeszcze dni, kiedy zdarza mi się pomyśleć, że może mogłabym coś lepiej zrobić, ale jest we mnie dużo więcej akceptacji, że te dni, kiedy tak myślę bardzo rzadko się zdarzają. Najfajniejsze jest to, że zaczynam odkrywać, że są dużo ciekawsze rzeczy niż ciało, wygląd. Mogę zajmować się innymi rzeczami, inne pasje rozwijać. Nie identyfikować się przez bycie fit, które moim zdaniem jest bardzo szkodliwe.
D: Tak. To jest taka etykieta i wtedy musisz już te wszystkie rzeczy robić. Po części jest taki mus.
I: Tak. Masz taką presję.
D: Tak. A można się jej pozbyć – tak, jak mówisz.
I: Można się tego pozbyć, bo możesz być identyfikowany przez coś innego. Ja już nie chcę być tą osobą, o której ludzie myślą, że ja jem tylko fit słodycze i przynoszę do pracy fit ciasta.
D: I nie jesz tego, co przynoszą inni oczywiście.
I: Tak. Nigdy nie jem tego, co przynoszą inni albo jak jem to przeliczam w głowie czy mi się to zmieści. Chcę się tego pozbyć i myślę, że stosunkowo szybko udało mi się to zrobić, ale dlatego, że przeszłam wcześniej tą inną drogę – że te kamyczki po drodze zbierałam.
D: Zaczęłaś to łączyć wszystko w całość i byłaś zdeterminowana, żeby z tego wyjść.
I: Tak, kropeczki się łączyły i teraz jestem team chleb z masłem. Jem masło według Twojej instrukcji. Nie jadłam masła 20 lat prawie, tak samo jak drożdżówek. Pierwszy raz drożdżówkę zjadłam po prawie 20 latach. Pierwszy raz zjadłam hot-doga z żabki. Przeszłam nad tym do porządku dziennego. Tak, jak moja przyjaciółka, która nigdy nie miała żadnych zaburzeń, ani nie była na żadnej diecie i właśnie z nią zjadłam tego hot-doga. Ona była wtedy ze mnie dumna i nie do końca mogła uwierzyć, że jem gluten.
D: Powiedz mi jeszcze czy masz uczucie, że odżywiasz się niezdrowo teraz? Jeżeli czasami zdarzy Ci się zjeść na przykład drożdżówkę albo coś innego.
I: W ogóle nie miałam takiego uczucia. To jest bardzo fajne odkrycie, że na początku ja przestałam myśleć o jedzeniu. Nie zastanawiam się, nie analizuję tego. Na początku było to dla mnie trudne – w momencie kiedy możesz jeść wszystko, dojść do tego, na co mam ochotę albo czego bardziej potrzebuję, mój organizm – a teraz nie jest to już takie trudne. Ja się nie zastanawiam. Jak mam ochotę na drożdżówkę, to ją zjem, ale widzę, że też działa to w drugą stronę. Kiedyś kiedy był u mnie mój przyjaciel i zjedliśmy śniadanie, a on przywiózł szarlotkę z piekarni, to nie byłam w stanie jej zjeść, bo było mi już za słodko. Zjadłam jej połowę albo jedną trzecią, ale nie dlatego, że wstydziłam się zjeść ją w całości, tylko już nie miałam ochoty. To działa w jedną i drugą stronę.
D: Ciężko to zrozumieć, kiedy nie jest się niedożywionym.
I: Dokładnie. Ciężko jest to też zrozumieć takiej osobie, która nigdy nie miała problemów z zaburzeniami, że można zauważać takie rzeczy, że ej, nie zjadłam. Nie myślę już o tym i to jest najlepsze, że zwalnia się w głowie i w życiu miejsce na ciekawsze rzeczy niż przetwarzanie myślenia o jedzeniu czy niejedzeniu czy przeliczanie. To była dla mnie praca na drugi etat.
D: Tak, dokładnie.
I: Nagle Ci się zwalania ten drugi etat i czym ja teraz ten etap wypełnię? Co ja będę robić? Mam mnóstwo możliwości. Mogę wrócić do swoich starych pasji.
D: U mnie to też było mega odkrycie, że można mieć tyle wolnej przestrzeni w głowie, jak się przestaje o tym wszystkim myśleć. To jest szok.
I: Tak. Możesz być szczera sama ze sobą. Odzyskujesz siebie sprzed zaburzeń. Nie musisz już przed samą sobą wciągać brzucha. Żyjesz bez gorsetu, którym się cały czas spinałaś i nieważne czy przy osobach bliskich, czy nawet przed samą sobą cały czas wciągałaś brzuch, trzymałaś gorset – przez tyle czasu, jak robi się to latami, to jest to wykańczające i bardzo szkodliwe.
D: Dochodzi jeszcze takie uczucie, że cały czas ktoś Cię obserwuje.
I: Są momenty, w których się wstydzisz, że jesteś w zaburzeniach, jednocześnie jesteś już tak zaburzony, że nie do końca masz sprawczość, żeby coś z tym zrobić. Dlatego wychodzenie z zaburzeń daje Ci pewność siebie, bo nagle działasz i coś z tym robisz.
D: Bardzo mi się podoba to, co powiedziałaś. Zgadzam się w 100% i sama widzę, że to daje mnóstwo energii, świadomości i pewności siebie. Wiesz, że jesteś już ponad tym.
I: Bardzo to też wpływa pozytywnie na aktywność fizyczną, że nie muszę wykonać już czterech treningów w tygodniu, bo muszę spalić ileś kalorii – tylko jakaś forma trenowania sprawia mi radość. Idę i czerpię z tego radość. Uczę się nowego ćwiczenia, bardziej jestem rozciągnięta czy mobilna i to mi sprawia radość. Ale jak nie mam ochoty, to nie idę. Jak mam ochotę na inną aktywność jak rower czy spacer, to robię to. Jestem w tym neutralna i wbrew pozorom myślałam, że nie będę chciała się już ruszać, ale zupełnie tak nie jest. Strach działał w dwie strony: w związku z jedzeniem i w związku z ruchem. Myślałam, że jedząc dowolnie, roztyję się niesamowicie. Tak się nie dzieje, tego nie ma. Nasze ciało jest zbyt mądre i nie doprowadzimy się do takiej sytuacji.
D: Dokładnie. Odżywione ciało działa właściwe. Czyli ma ochotę na ruch, jest szczęśliwe, chce jeść, a jak jest najedzone, to nie chce jeść. Jak jest wypoczęte to chce się ruszać. To jest autoregulacja, nic skomplikowanego.
I: Takie proste, a takie trudne.
D: Dokładnie. Iza, powiedz naszym odbiorom coś na koniec od siebie. Coś motywującego, coś co uważasz za najważniejsze.
I: Mam kilka przesłań do wszystkich dziewczyn. Mianowicie mam wrażenie, że często jesteśmy dla siebie bardzo okrutne. Dla siebie samych i do innych kobiet. Fajnie by było, gdybyśmy były dla siebie bardziej życzliwe, bo nigdy nie wiesz z czym ta kobieta czy dziewczyna – której wygląd właśnie skomentowałaś – się zmaga. Może właśnie zmaga się z zaburzeniami odżywiania. Jest dużo ciekawszych rzeczy na nasz temat, niż nasz wygląd i to czy schudłyśmy, przytyłyśmy, mamy six pack czy nie. Gdybyśmy były wobec siebie bardziej życzliwe to myślę, że ten świat byłby lepszy. Jeśli chcecie zrzucić kilka kg, a nie macie poważnych problemów z wagą, po prostu bardziej się skupcie na zmianie nawyków żywieniowych, więcej się ruszajcie, a nie wpadajcie w pułapkę diet z magazynów czy diety, którą właśnie stosuje jakaś aktorka czy modelka. To jest droga w jedną stronę i to jest pułapka, w którą przemysł dietetyczny chce nas złapać. Poszukajcie najlepiej pomocy specjalisty, dietetyka. Prawidłowa waga to jest po prostu prawidłowa waga i ona może mieć swoje odchyły. Czasem możemy schudnąć kilka kg za bardzo i wpaść w tą pułapkę, w którą ja wpadłam. Mam takie poczucie, że przesuwa się granica, kiedy dziewczynki zwracają uwagę na swoje ciało i na przykład mają wałeczek albo coś jest nie tak z ich ciałem – to jest bardziej apel do mam, bo córki nie mają jeszcze takiej świadomości – że jeżeli zobaczą którekolwiek z zachowań, które Dorota opisujesz w swoich podcastach, żeby zacząć działać z takimi osobami jak Ty, z terapeutą, nie czekać, bo szkoda najlepszych lat życia tych dziewczyn młodych. Chciałabym zakończyć pozytywnym przesłaniem i myślę, że to, jaką mam energię podczas tej rozmowy, też świadczy o tym, że energię odzyskałam. To jest bardzo przewrotne, że wychodzenie z zaburzeń odżywiania paradoksalnie zwiększa pewność siebie. Czujemy sprawczość, że robimy coś dobrego dla siebie, że po latach dziwnych stanów wreszcie wracamy do siebie. Możemy przestać wciągać ten metaforyczny brzuch. Mamy więcej pomysłów, jesteśmy bardziej kreatywne. Mamy więcej energii i to też się odbija na wyglądzie. Jest czystsza cera i bardziej lśniące włosy. Jeśli dla kogoś jest też ważny ten aspekt, to na pewno działa na plus. Nie ma już spadków nastroju. Nastrój jest w miarę stabilny. To jest to, o co warto zawalczyć, mimo że na początku jest ciężko, ale nagroda po drugiej stronie jest duża.
D: Nawet jeżeli się nie wydaje taka. Czasami może nam się nie wydawać, że to będzie tak cudowne, ale jeżeli jesteśmy już po drugiej stronie, to widzimy, jakie to jest genialne być zdrowym i nie musieć o tym wszystkim myśleć.
I: Tak. Da się wyjść z tego. Jest to bardzo fajna wersja mnie i cieszę się.
D: Ja też się cieszę i bardzo dziękuję za rozmowę. Powiedziałaś mnóstwo rzeczy, które trafią do naszych odbiorców. Bardzo się cieszę Iza, że udało Ci się wyjść z zaburzeń.
I: Ja też. Dzięki za rozmowę, za zaproszenie. Fajną robotę robisz i dzięki, że ją robisz.
D: Dzięki bardzo i mam nadzieję, że jeszcze uda nam się porozmawiać. Może jeszcze udałoby nam się coś nagrać, jeżeli miałabyś ochotę.
I: Jasne. Mam teraz tyle energii.
D: Fajnie, bardzo dziękuję. Pa!
I: Dzięki wielkie. Hej!
Jeśli masz pytania, po prostu napisz podcast@dieta-sportowca.pl
0 Komentarzy