Dorota : Cześć Karolina!
Karolina: Cześć Dorota!
D: Bardzo się cieszę, że zagościłaś w moim podcaście. Jesteś pierwszą osobą w nowej serii. Jest mi niezmiernie miło, zwłaszcza dlatego, bo się znamy już jakiś czas.
K: Tak, znamy się już ponad rok. Też się cieszę, że mnie zaprosiłaś. To też jest mój pierwszy raz w jakimkolwiek podcaście, więc mam nadzieję, że wyjdzie nam całkiem ciekawie.
D: Ja również. Mam nadzieję, że naszym słuchaczom będzie się to podobać. Tak jak mówiłam, ta seria będzie związana stricte z historiami moich podopiecznych albo innych ludzi, którzy wyszli z zaburzeń odżywiania – po to, aby posłuchać innych historii. Kojarzy mi się, że Ty się sama zgłosiłaś do mnie, jeśli dobrze pamiętam.
K: Tak. Stwierdziłam, że to może być ciekawe wyzwanie i może pomogę dzięki temu innym dziewczynom albo chłopakom.
D: Myślę, że na pewno, bo tego feedbacku dotyczącego chociażby moich treści jest bardzo dużo, a wiem, że jeżeli inne osoby mówią, to do innych osób też to lepiej dotrze. Wiadomo, że każdy dociera do kogoś innego, do każdego przemówi trochę inna historia. Inna historia będzie może bardziej zbliżona do historii osoby słuchającej. Jak u Ciebie zaczęły się zaburzenia odżywiania? Ile to mniej więcej trwało? Jak to wspominasz?
K: Jasne. Zaburzenia odżywiania zaczęły się w ostatniej klasie liceum, właściwie przed maturą – a napomknę, że jestem teraz na 5 roku studiów, więc trwa to już 5 lat – zaczęło się właściwie od tego, że zawsze byłam szczupłą nastolatką, która uprawiała dużo sportu i była ruchliwa. Zaczęłam spotykać się z pewnym chłopakiem i wiadomo, jak to w związku, kilka kilo mi przybyło, więc stwierdziłam, że fajnie wrócić do swojej naturalnej wagi. Jak już zaczęłam chudnąć i wróciłam do naturalnej wagi to stwierdziłam, że to jest fajne i, że właściwie czemu by nie schudnąć jeszcze trochę. Później związek się skończył, co wpłynęło na mnie bardzo źle. Było mnóstwo stresu, jeszcze mniej jedzenia i jeszcze więcej sportu.
D: Czyli właściwie było tak, że zaczęłaś się odchudzać, żeby wrócić do naturalnej masy ciała, gdzie wiadomo, że jak to było liceum, to dopiero się rozwijamy jako kobiety. Często porównujemy się już w toku zaburzeń odżywiania do siebie sprzed kilku lat, gdzie byliśmy dużo młodsze.
K: Tak, dokładnie.
D: Czyli po prostu się wkręciłaś w to?
K: Tak. Masz rację porównywałam się do tego, jak wyglądałam kiedyś. Wkręciłam się w to bardzo. Do tego doszedł niesamowity stres. Taki stres – nie że się stresujemy, że na przykład mamy jutro egzamin – tylko taki stres naprawdę. Nie mogłam spać po nocach, nie mogłam nic jeść.
D: Taki stres związany ze związkiem?
K: Tak. Następnie zaczęły się wakacje. Później poszłam na studia i zaczęłam bardziej profesjonalnie jeździć na rowerze, uprawiać kolarstwo górskie i się ścigać. W mojej głowie zaczęła pojawiać się myśl, że przecież skoro jestem teraz takim sportowcem, to muszę jeść mało, żeby mieć jeszcze lepsze wyniki, być szczupła. I broń Boże jakaś pizza, słodycze. Nie! Tylko owoce, warzywa, pełnoziarniste produkty i sport, i jak najmniej jedzenia.
D: Bardzo dużo trenowałaś, prawda?
K: Tak, bardzo dużo.
D: Czy u Ciebie było tak, że sport od początku był motorem, żeby schudnąć czy odwrotnie? Zakochałaś się kolarstwie rzeczywiście i stwierdziłaś, że będziesz jeszcze lepsza kolarką, jeżeli schudniesz?
K: Sport był zawsze w moim życiu. Rower tak samo. Jak zaczęłam się odchudzać to głównie przez sport. Zaczęłam biegać, więcej jeździć na rowerze i tak to się zaczęło.
D: To też jest chyba bardzo częste zjawisko. Zresztą ja to też obserwuję – jako że wiadomo dieta sportowca i teraz zaburzenia odżywiania – więc też widzę podobieństwo bardzo duże faktycznie poprzez wkręcenie się w sport. Później jest to bodźcem do odchudzania, a potem – tak jak mówisz – wpadanie w restrykcje. Wyrzuciłaś te wszystkie rzeczy, które uznałaś, że są niezdrowe?
K: Tak. Przestałam jeść słodycze. Każde wyjście nawet z koleżanką na drinka wieczorem i zjedzenie czegoś, co wykraczało poza moje granice, wiązało się z niesamowitymi wyrzutami sumienia. W dzień wstawałam, jadłam bardzo marne śniadanie i od razu szłam biegać, żeby spalić to, co wykroczyło poza moje granice.
D: To jest niesamowite jak daleko to może zacząć iść. O ile na początku to wydaje się naturalne, to później budzimy się z tym, że nie możemy nawet normalnie jeść.
K: Tak. To było straszne. Najgorsze w tym wszystko było też to, że ja przez to czułam się lepsza od innych swoich koleżanek. Na takiej zasadzie, że ja uprawiam tyle sportu, ja potrafię tak mało jeść i dzięki temu jestem super szczupła, fit i w ogóle. A one nic nie robią, idą tylko na uczelnię, ewentualnie pójdą na pół godziny na siłownię i jedzą. Wyglądają o wiele gorzej niż ja. Teraz z czasem widzę jakie to było przykre i straszne, że ja w ogóle mogłam tak myśleć.
D: Takie porównywanie się poprzez pryzmat ćwiczeń i diety?
K: Tak, dokładnie.
D: Powiem Ci, że miałam dokładnie to samo. Czułam wewnętrzną moc i mega satysfakcję z tego, że potrafiłam tak robić. Rano przed w-f’em w liceum chodziłam sama biegać. Przychodziłam na ten w-f i mówiłam: dzisiaj już jestem po bieganiu.
K: Tak, ja tak miałam, jak spotykałam się wieczorami z koleżankami i padało pytanie: co dzisiaj robiłaś? To ja mówiłam: byłam już na rowerze, byłam tu i tam. Zawsze całą opowieść musiałam zwieńczyć: jestem strasznie głodna, bo prawie nic dzisiaj nie jadłam.
D: W takim znaczeniu, że: nic nie jadłam, jestem zapracowana, wkręcona w to wszystko.
K: Dokładnie.
D: A powiedz mi jakie masz najgorsze wspomnienia z okresu, gdzie to wszystko było najbardziej nasilone?
K: Ciężko aż o tym wspominać, bo to był wzrok moich rodziców, ich prośby, żebym zaczęła jeść. To jak na przykład potrafiłam zamknąć się w pokoju i ćwiczyć przez godzinę, półtorej. Moja mama potrafiła stać pod drzwiami i mnie prosić, żebym już przestała, że po co ja to robię.
D: Jest to faktycznie przykre.
K: Tak. Prośby moich rodziców, żebym zaczęła jeść normalnie. Nie mogli tego zrozumieć, czemu ja nie mogę zacząć jeść normalnie.
D: A jak wtedy się czułaś? Docierało to Ciebie czy nie?
K: Nie, kompletnie. Mówiłam, że: o co Ci chodzi? Przecież zaraz skończę ćwiczyć i zjem posiłek potreningowy i wszystko będzie fajnie. O co Ci chodzi? Przecież jestem szczupła i wyglądam normalnie.
D: Często jest taki argument, że przecież nie jestem taka chuda.
K: Dokładnie.
D: Tylko później też się patrzy na zdjęcia i jednak często zmierzamy się z tym, że trochę inaczej siebie widzieliśmy niż było to w rzeczywistości. Zresztą rodzice wiadomo, że widzą więcej niż nam się wydaje.
K: Też ciężkimi sytuacjami były na przykład lunche w pracy. Bo pracuję – powiedzmy w korporacji – i to wygląda tak, że zwykle przychodzi godzina 12:00 to każdy idzie na lunch. Dla mnie to po pierwsze nie była pora mojego obiadu. Ja często o tej godzinie stresowałam się, że muszę jeść z innymi albo że ktoś chce ze mną wyjść na miasto na lunch. To było: Boże, co ja mam robić? Często kombinowałam. Raz na jakiś czas owszem, wyszłam z kimś, ale to się wiązało z wyrzutami sumienia. Często mówiłam, że mam swoje albo że mam dużo pracy i nie mogę teraz wyjść. To też było trochę izolowanie się od ludzi z pracy.
D: Jak zaczęłaś pracować to już byłaś w zaburzeniach czy jeszcze nie?
K: Tak, bo to już było na studiach. Jak skończyłam swoją karierę kolarstwa górskiego. Później zaczęłam pracować i to było wtedy.
D: Ok, czyli oni nie mieli jakby kontrastu przejścia, nie? Że jesz normalnie i później zaczynasz coś kombinować, tylko zawsze coś kombinowałaś?
K: Dokładnie. Dla mnie to kombinowanie było już tak strasznie naturalne, że jak na przykład koleżanka chciała wyjść na drinka, to było kombinowanie, bo przecież drink ileś tam kalorii ma, więc: nie, niemożliwe.
D: No tak. Część osób też tak robi, że po prostu nie je, żeby potem gdzieś tam wyjść i w miarę normalnie wyglądać.
K: Ja tak właśnie robiłam. Jeżeli umówiłam się z kimś wieczorem – na przykład na pizzę – to ja potrafiłam skończyć swój dzień jedzenia na śniadaniu i czekać do wieczora na tą pizzę.
D: Czy teraz wyobrażasz sobie taką sytuację?
K: Nie, bo umarłabym z głodu, gdybym miała takie podejście.
D: Ostatnio opowiadałaś mi o sytuacji z pizzą. Jakbyś mogła to przywołać – bo to było fantastyczne porównanie – jeszcze odniesienie do tej sytuacji, co przed chwilą powiedziałaś.
K: Tak, to był przełomowy moment u mnie. Byłam na weekend w domu, u siebie w rodzinnej miejscowości, ze swoim chłopakiem. W piątek wyszliśmy z moimi znajomymi na jakiegoś drinka, coś zjeść. Cały dzień jadłam normalnie. Zjadłam śniadanie, byłam na obiedzie u babci, trochę pojeździliśmy na rowerze, zjadłam później ciasto. Po prostu tak, jak każdy normalny człowiek. No i wieczorem wyszliśmy coś zjeść ze znajomymi. Kiedyś by było tak, że strasznie bym się stresowała jedzeniem z nimi. Co więcej, jeżeli na przykład ktoś czegoś przy mnie nie jadł, to ja też nie ruszyłam. A teraz, w ten piątek, to był pierwszy moment od wielu miesięcy, lat, że ja zjadłam najwięcej z całego stolika, bo zjadłam całą pizzę. Gdzie moja koleżanka ze swoim chłopakiem zamówili tą samą pizzę na pół. Mnie to kompletnie nie ruszyło. Po prostu zjadłam, wypiłam 2 drinki, śmiałam się, rozmawiałam, czułam się super. Nie pojawiły się żadne wyrzuty sumienia na drugi dzień. Czułam się świetnie.
D: Fantastyczne jest to uczucie wolności. Jedzenie przy innych bardzo stresuje zazwyczaj, a jeszcze jedzenie więcej czy czegoś, czego oni nie jedzą na przykład – to jest nie do pomyślenia kiedyś, nie?
K: Tak. Szczególnie, że jeszcze rok temu, jak zaczęłam się spotykać ze swoim obecnym chłopakiem – na przykład jak robiłam kolacje – to on zawsze musiał mieć więcej na talerzu, ja zawsze musiałam zjeść mniej. Nawet jeżeli ja się nie najadłam, to było dla mnie ok: on zjadł więcej, więc mam już spokój.
D: To jest takie bezpieczne jakby.
K: Tak. A teraz na tym wyjściu były osoby, które w ogóle nic nie jadły, bo nie były głodne, a ja wciągnęłam całą tą pizzę i czułam się super. Naprawdę.
D: Fantastycznie. Fajnie też obserwować taką zmianę Twoją, bo będąc z Tobą od początku Twojej przygody, gdzie stwierdziłaś: już dosyć tego wymyślania – fajnie jest widzieć zmianę. Bardzo fajnie. Jeszcze pamiętam kiedyś, jak mówiłaś właśnie o tych sytuacjach z pracy, że koleżanki jedzą jakieś małe sałatki i Tobie jest głupio zjeść taką porcję jedzenia.
K: Tak. To było straszne. Na początku, jak zaczęłyśmy ze sobą współpracować i wiadomo, te porcje jedzenia były spore – porównaniu do dziewczyn z pracy to było czasami 2-3 razy tyle. Kiedyś dostałam nawet taki komentarz w pracy: Boże, Karolina jesteś taka szczupła, a tyle jesz? Jak to możliwe? Najgorsze, że teraz, gdyby ktoś mi tak powiedział, to by mnie to nie ruszyło, ale wtedy, na początku naszej współpracy, jak dostałam taki komentarz – gdzie jeszcze w mojej głowie było bardzo ciężko – to już był koniec. Było po obiedzie, po jedzeniu tego dnia. Później było bieganie, płacz i tragedia.
D: Na początku jest tak, że bardzo się tym przejmujemy, nie? Jak jesteśmy zafiksowani na tym, to każdy komentarz dotyczący jedzenia jest niesamowicie triggerujący, prawda?
K: Ja też przez zaburzenia odżywiania popsułam sobie wiele wyjazdów, spotkań ze znajomymi. Przykładowo – 2 lata temu we wrześniu byłam w Tajlandii. Wszystko tam kręciło się wokół jedzenia. Ja nie potrafiłam cieszyć się wieczorną imprezą, plażą, widokami. Wszystko kręciło się wokół jedzenia. Wokół tego, że ja byłam cały czas głodna, bo się stresowałam jedzeniem w Tajlandii. Tym, że na przykład szliśmy rano na śniadanie do jakiejś super knajpki, ja potrafiłam zamówić tylko czarną kawę, a później iść do sklepu, kupić banana z jogurtem i go zjeść.
D: Rozumiem doskonale. Ostatnio też rozmawiałyśmy o tym, że faktycznie jest tak, że często naszą przeszłość – gdzie zaburzenia odżywiania były cały czas właściwie i cały czas mieliśmy to w głowie – to przeszłość często była definiowana poprzez to, co jedliśmy, nie? Czyli Ty przywołujesz teraz posiłek, który jadłaś w Tajlandii, a czy teraz wyobrażasz sobie taką sytuację, że pamiętasz, co jadłaś 3 dni temu dokładnie na przykład na śniadanie czy na kolację?
K: Wiesz co? Powiem Ci tak, że teraz jeszcze to pamiętam. Ja nie czuję się jeszcze tak na 100% zdrowa. W mojej głowie cały czas są jakieś ciężkie myśli, ja cały czas jestem w procesie nabierania masy ciała i myśli o jedzeniu ciągle są, ale to prawda, że nie przykładam do tego już, aż tak wielkiej wagi, jak kiedyś. Nie myślę o tym co jadłam czy czego nie jadłam. Kiedyś było tak, że jakbyś mnie zapytała co jadłam – nie wiem, w piątek 14 grudnia o 15.00 – to ja bym Ci powiedziała, co do grama co ja zjadłam, ile orzechów dałam, banana i tak dalej.
D: Dokładnie. Ja też mam takie wspomnienia, że bardzo dużo rzeczy potrafię sobie przypomnieć poprzez to, co ja jadłam i inni dookoła mnie jedli. Jakieś pierwsze spotkanie z chłopakiem i tak dalej. Pamiętam co, gdzie jedliśmy dokładnie. Nawet – chcąc, nie chcąc – czasami bardziej pamiętam to, co jedliśmy niż to, o czym rozmawialiśmy.
K: Dokładnie. Ja zauważyłam w związku u siebie to samo, że czasami mówię do swojego chłopaka: o, no pamiętasz byliśmy tam, jedliśmy to i to.
D: A on na to?
K: On mówi, że nie pamięta. Ja mówię: jak możesz nie pamiętać takiego czegoś?
D: Fajnie sobie tak analizować to z perspektywy czasu. A powiedz mi proszę, co było takim pierwszym momentem przełomowym w którym stwierdziłaś, że to już jest za dużo i chcesz coś z tym zrobić?
K: No właśnie powiem Ci, że u mnie to było trochę dziwne. W sensie, to nie była żadna jakaś sytuacja ani nic takiego. Ja po prostu żyłam w takim zawieszeniu jedząc bardzo mało i uprawiając bardzo dużo sportu i pewnego dnia wstałam rano, szykowałam się do pracy i stwierdziłam, że: nie, ja już mam dość. Jeżeli ja mam kolejny dzień jeść tak mało i liczyć każdego orzeszka – ja tego dłużej po prostu nie wytrzymam, zwariuję i nie przeżyję tego.
D: A powiedz mi ile lat to było? Ile lat żyłaś w ten sposób?
K: To już było między 3 a 4 lata. Trzy i pół roku, jakoś tak.
D: Czyli po prostu stwierdziłaś, że masz dosyć?
K: Tak. Wstałam rano i stwierdziłam, że ja potrzebuję w końcu zacząć jeść normalnie, chcę się w końcu najeść i przestać ciągle myśleć o jedzeniu, non stop. Czego nie robiłam, nawet jeśli zjadłam dla mnie większy posiłek, to ja i tak byłam non stop głodna. Ja miałam tego serdecznie dość.
D: No tak. A powiedz mi czy od razu było tak łatwo?
K: To było tak, że ja wstałam wtedy z tego łóżka, stwierdziłam, że koniec, kończę z głodzeniem się i od razu napisałam do Ciebie. Od razu. Pół godziny później.
D: Aha. Ok. To kurczę, aż z ciekawości się zapytam – bo wtedy jeszcze tego podcastu nie było – dlaczego akurat do mnie napisałaś?
K: Tak jak Ci już wspominałam, uprawiałam kolarstwo. Wcześniej dużo czytałam Twojego bloga, korzystałam z przepisów, różnych porad i byłaś dla mnie autorytetem. Szczególnie, że też wiedziałam, że jeździsz na rowerze. Akurat na rowerze szosowym, ale czułam z Tobą taki związek.
D: Ok. Czyli ja się pojawiłam, kiedy Ty stwierdziłaś, że dosyć? No cudowne.
K: Tak. Stwierdziłam, że nie mam kompletnie nic do stracenia. Mogę Ci zaufać, zobaczymy co będzie. Okazało się, że jest super. Pamiętam pierwszą potrawę z Twojej rozpiski.
D: Ja nie pamiętam. Możesz powiedzieć?
K: Tak. Pamiętam to jak dzisiaj dlatego, że to był omlet i był przepyszny. Ale chodzi o sam fakt tego, że jak go zjadłam, to był pierwszy moment od wielu lat, gdzie ja się naprawdę najadłam. Czułam sytość. Kolejny posiłek zjadłam dopiero po wielu godzinach, bo naprawdę się najadłam. To było tak wspaniałe uczucie. Dlatego na początku nie było tak źle, bo miałam takie samozaparcie, że chcę się najeść. Moje ciało zaczęło wyglądać coraz lepiej. Mięśnie zaczęły się wypełniać i było fajnie. Później zaczęły przychodzić załamania, jak już zaczęło się pojawiać trochę więcej tłuszczyku. Teraz na przykład, jak mierzę jakieś sukienki sprzed 2 czy 3 lat, to ja w nie nie wchodzę, więc czasami to jest takie niefajne. Z drugiej strony wiem, że robię to dla siebie i wiem, że z dnia na dzień wyglądam coraz lepiej.
D: Z pewnością. Zresztą też mówiłaś, że Twoje otoczenie też pozytywnie reagowało, nie? Często się boimy, jak nasi bliscy czy otoczenie zacznie reagować na nasze zmiany. Ale w sumie, jeżeli wychodzi się z restrykcyjnych zaburzeń, zwykle te reakcje są bardzo pozytywne. O ile my na początku możemy je interpretować nie do końca – to chyba u Ciebie nie było tak źle, co?
K: Wiesz co? Jeszcze rok temu, jakby ktoś mi powiedział, że: o, super wyglądasz, to by było: ok, czas się odchudzać. Teraz jak rodzice, znajomi, którzy nie widzieli mnie kilka tygodni, kilka miesięcy – spotykają mnie i mówią: wow! Karola, jak Ty super wyglądasz. Naprawdę jest coraz lepiej. Na mnie to tak działa: kurde, faktycznie. Czyli może jednak trzeba jeszcze przytyć te kilka kg, bo ja faktycznie fajnie wyglądam.
D: To jest też niesamowite, że można ufać faktycznie temu, co mówią inni, a nie mieć z tyłu głowy takiego diabła, że: na pewno jestem gruba, dlatego mi tak mówią. Widać, że przytyłam – i tylko na tym się koncentrować.
K: Tak, dokładnie.
D: A powiedz mi – bo mówisz, że na początku było spoko, ale to też była duża motywacja początkowa i wiadomo, że na początku nowa przygoda, w końcu można się najeść i tak dalej – ale później, jak to było, gdzie czułaś, że to nie będzie aż tak super proste, jak Ci się wydawało na początku. Były takie momenty?
K: Tak, oczywiście były. To było tak, że zaczęłam jeść, zaczęło troszkę przybywać na wadze i było fajnie, ale później stwierdziłam, że jak już tak przybywa na tej wadze, to może zakończymy współpracę, ja będę sobie radzić sama. Zaczęły się wakacje, później też z chłopakiem na wakacje jechałam. Okazało się, że jeżeli ja nie mam odgórnie przyzwolenia na to, że ja mogę zjeść tyle i tyle i nie muszę się ograniczać, to ja sama będę dalej ucinać. Pomimo że ja wiedziałam ile powinnam jeść, to jednak był taki głos w mojej głowie: może jednak możesz zjeść trochę mniej? Po co będziesz jeść aż tyle?
D: To jest chyba najgorsze. To jest taki podstępny głos.
K: Tak, to jest najgorsze. Nawet jeżeli potrafisz ten głos wycofać ze swojej głowy to i tak automatycznie po zjedzeniu większej ilości zaczyna Cię boleć brzuch, zaczynają się wyrzuty. To jest takie troszkę błędne koło.
D: Czasami to jest podświadome i psychoschematyczne.
K: Później po powrocie z wakacji znowu zaczęłam jeść więcej i znowu zaczęłam sobie radzić w miarę dobrze, ale później znowu przyszła fala w zimie, że było ciężko. Dlatego znowu postanowiłam wrócić do współpracy z Tobą, bo wiem, że to mi pomogło ostatnim razem i teraz też pomaga.
D: Jeszcze jeden był aspekt – bardzo ważny myślę – że sama też raczej nie próbowałaś wszystkich produktów. Nie wychodziłaś raczej poza swoje bezpieczne, zdrowe ramy aż tak.
K: Tak. To prawda.
D: To co się najbardziej ostatnio zmieniło.
K: Tak, dokładnie. Były produkty, na które miałam niesamowitą ochotę. Oczywiście produkty bardziej przetworzone, jak lody, jakiś batonik od czasu do czasu. Tak jakby w mojej głowie to były produkty strasznie zakazane. Teraz to dalej nie jest tak, że już z czystym sumieniem zjem sobie batonika i jest super. Na przykład ostatnio w Twojej rozpisce był Knoppers, ja go zjadłam i stwierdziłam: wow! Jakie to było pyszne. Nie wyleciałam w powietrze po zjedzeniu tego Knoppersa.
D: Ile razy miałyśmy taką sytuację, że ja Ci coś tam dawałam, specjalnie jakieś w stylu Oreo, a Ty: Dorota, ja tak nie lubię Oreo za bardzo.
K: Tak, Boże!
D: A ja mówię: dobra, to chociaż raz się zmuś, nie?
K: Tak, pamiętam. To samo było z Cini Minis.
D: Jak to było dokładnie?
K: Pamiętam, jak byłam dzieckiem, uwielbiałam Cini Minis – chyba jak każde dziecko lubi słodkie płatki – i jakiś czas temu, jak zaczęliśmy ponownie współpracę, Ty do płatków owsianych dorzuciłaś mi ileś gramów tego Cini Minis. Ja sobie myślę: gdzie słodkie płatki na śniadanie. Ona zwariowała, to niezdrowe. Ja tego nie zjem. Ale pamiętam później wykonałam dobry ruch, ponieważ dałam rozpiskę swojemu chłopakowi i powiedziałam, że jak będziemy szli na zakupy, to mamy kupować to, co jest na rozpisce. Wrzuciliśmy do koszyka Cini Minis i na drugi dzień chłopak do mnie mówi: to co? Dzisiaj masz owsiankę z Cini Minis, to jemy. Nasypałam, jemu i sobie tego Cini Minis, zjadłam to i stwierdziłam: Boże, jaka ta owsianka była pyszna. Czemu ja wcześniej tego nie robiłam?
D: To jest efekt „nielubienia” niektórych produktów. Sama się z tym wielokrotnie spotkałam. Zresztą sama to samo miałam, że wielokrotnie mówiłam, że nie lubiłam pizzy i tak dalej.
K: To jest przykre, wiesz? Bo na przykład masz ochotę na lody, a zjesz banana z jogurtem to ok, jesteś w miarę syta – ale na lody dalej masz ochotę, nic się nie zmienia.
D: To jest też efekt zdrowych słodyczy. Jest pełno zamienników, ale jeżeli mamy ochotę na Snickersa, to jakaś podróba, to nie jest Snickers mimo wszystko.
K: Dokładnie.
D: Właściwie zjedzenie batonika raz na jakiś czas, absolutnie nie wykracza poza ramy zdrowego odżywiania. Nadal to się fantastycznie wpisuje często. Może nie akurat Snickers, bo on ma orzechy całe, ale często produkty, które są bardziej przetworzone, są bardziej łatwostrawne, prawda? Gdzie ten układ pokarmowy na początku jest bardzo wrażliwy – nie u wszystkich, ale u wielu osób z zaburzeniami odżywiania – to jednak te produkty przetworzone są lepiej przyswajalne.
K: Tak, dokładnie. Wczoraj miałam też taką sytuację, że zjadłam kolację z Twojej rozpiski, tak siedzę i myślę, że zjadłabym jeszcze coś słodkiego, ale nie banana. Miałam akurat pierniczki, to zjem jednego. O jaki dobry! A to zjem jeszcze jednego. Zjadłam 2 i super, dalej żyję.
D: To jest fantastyczne, że jesteś na tym etapie, że spokojnie wiesz, że ewentualny jadłospis ode mnie to jest baza, do której możesz sobie zawsze dojadać. Zwłaszcza, że jeszcze trochę Tobie zostało do takiej prawidłowej masy ciała.
K: Tak. Wiesz, co jest też bardzo fajną rzeczą w zdrowieniu i w tym, jak zmieniać nasze myślenie? To, że ja w końcu mogę iść do babci, zjeść obiad, a po obiedzie kawałek ciasta, które ona przygotowała specjalnie dla mnie i nic się nie dzieje. To jest zdrowy, domowy obiad i co z tego?
D: Dzieje się to, że babcia jest zadowolona, że jej starania nie poszły na marne.
K: Dokładnie. To też jest fajne.
D: Bardzo fajny przykład. Powiedz mi, co jeszcze takiego zauważyłaś w zmianie od kiedy zaczęłaś bardziej luzować z dietą, więcej jeść. Co jeszcze jest taką namacalną zmianą, którą mogłabyś się z nami podzielić?
K: Sen. Przede wszystkim jakość snu. To, że potrafię przespać całą noc, a nawet, jak się obudzę w nocy –bo na przykład chce mi się pić – to pójdę się napić, zobaczę która godzina i nie pomyślę: o Jezu, jeszcze tyle czasu do śniadania, tylko myślę: o Boże, już jest 4:00, tak mało snu mi zostało.
D: Czyli chodzi o to, że nie myślisz wieczorami o śniadaniu. Tak jak większość osób na deficycie, tylko o tym, żeby się wyspać. Sen jest też lepszej jakości, nie?
K: Dokładnie. Kiedyś wieczorem, jak kładłam się spać głodna, to jeszcze przez godzinę oglądałam filmiki typu „full day of the eating”.
D: Też o tym rozmawiałyśmy, nie?
K: Tak.
D: Kiedyś to było automatyczne włączanie tych filmików. Nie wiadomo po co.
K: Teraz dla mnie jest to strata czasu oglądanie, jak ludzie jedzą śniadanie. Teraz jak jestem głodna przed spaniem, to idę jeszcze coś zjeść. I tyle.
D: Super. A powiedz mi jeszcze, jak wygląda teraz Twoje nastawienie do myśli, które nadal się gdzieś tam ewentualnie by pojawiały? Takich diabełkowych myśli, które wiesz już, że są związane stricte z zaburzeniami. Jak do nich podchodzisz w tym momencie?
K: Ja wiem, że te myśli są i jeszcze będą pewnie przez długi czas. Po prostu z dnia na dzień coraz bardziej uczę się z nimi radzić. Czyli – na przykład zjem śniadanie i się nie najem – wtedy pojawia się myśl diabełkowa, że: zjadłaś już śniadanie, nie możesz zjeść jeszcze więcej. Staram się z tym walczyć w taki sposób, że: nie, ja jestem nadal głodna, odejdź sobie zły głosie, chcę sobie zjeść jeszcze coś i koniec. Staram się o tym nie myśleć. Zjeść i szybko zająć się czymś innym.
D: Nie analizować tego za bardzo, nie?
K: Tak, bo jak zacznę za bardzo analizować, to zwykle się kończy źle. Są wyrzuty i czuję się po prostu źle. Często staram się też rozmawiać ze swoim chłopakiem, z przyjaciółkami, które wiedzą jakie mam problemy i one mnie bardzo wspierają. Często piszę do Ciebie w takiej sytuacji i to też mi pomaga.
D: Właśnie myślę, że to jest też warto zaznaczyć, że nawet jeżeli już się czujemy dużo lepiej, to ten głos odchodzi najpóźniej. Nawet ja teraz – gdzie uważam, że jestem już totalnie zdrowa – czasami taki głos mam. On w moim mózgu jeszcze gdzieś jest z tyłu. Nie zwracam na niego uwagi. Wiem, że on tam jest i tyle. Traktuję go jak spam, bo wydaję mi się – to, co bardzo często słyszymy, czyli że z zaburzeń odżywiania nie da się wyjść – to jest to, że ten głos zawsze gdzieś tam z tyłu głowy jest. Trzeba do niego po prostu racjonalnie podchodzić i nie wczuwać się w to za bardzo.
K: Tak. Też wydaję mi się, że łatwiej jest ten głos wyrzucić z głowy w momencie, w którym zdajesz sobie sprawę, że Twoje zdrowie jest ważniejsze, że chcesz mieć kiedyś rodzinę i wtedy to są takie argumenty, które o wiele bardziej do mnie przemawiają, niż ten głos w głowie.
D: Super. Bardzo rozsądne podejście. Myślę, że osoby, które cierpią na zaburzenia odżywiania, muszą wykazać się olbrzymim zaangażowaniem. Olbrzymią ilością sił, bo często jest tak, że kiedy zaczynamy wychodzić z zaburzeń odżywiania, to jesteśmy zazwyczaj już przemęczeni, nie? Tak, jak Ty byłaś, że już za długo deficyt, bardzo wysoka aktywność fizyczna. Jesteśmy po prostu wykończeni, a tu jeszcze musimy włożyć mnóstwo energii w to, żeby wyjść z zaburzeń, bo to jest ciągłe wyzwanie.
K: Tak, to jest ciężkie, bardzo ciężkie, nie ma co ukrywać. Czasami jest się już zmęczonym nawet myśleniem. Nawet jak cały dzień nic nie robię, to jestem zmęczona myśleniem ciągle o tym i to też jest przykre. Wydaję mi się, że nie da się wychodzić z zaburzeń odżywiania w 50%, tak? Albo chcesz z tego wyjść, albo nie chcesz. Jeżeli ktoś zaczyna wychodzić z zaburzeń odżywiania, ale tak do końca nie jest pewny, a może jednak nie? A robię to dla kogoś, a nie dla siebie? To ciężko jest, bo przychodzi moment, w którym przestaniemy to robić i przestaniemy jeść tyle, ile powinniśmy.
D: No tak, jeżeli motywacja jest z zewnątrz to raczej będzie krucha. To samo mam zdanie na temat osób, które mówią, że chcą wyjść z zaburzeń odżywiania, ale nie chcą przytyć. Dla mnie nie chcą wyjść z zaburzeń odżywiania, bo jednak stawiają ciało ponad zdrowie, tak naprawdę.
K: Taki najgorszy głos w mojej głowie, który zawsze mnie cofa, to jest ten, który mówi, że: jak Ty będziesz wyglądać? Będzie Ci brzuch odstawać. Ręka będzie brzydka – to mnie najbardziej demotywuje w tym wszystkim.
D: Stopuje?
K: Tak, bardzo często jest tak, że to mnie stopuje albo nawet cofa.
D: A powiedz mi, czy na przestrzeni tego roku zmieniło się jakoś podejście do ciała? Czy rok temu wyobrażałaś sobie, że teraz będziesz ważyć kilka kg więcej i w sumie będzie spoko? Jak do tego podchodziłaś?
K: Nie. W ogóle sobie nie wyobrażałam tego. Było to dla mnie nie do przeskoczenia. Szczególnie moje kompleksy, które mam na punkcie konkretnej partii ciała. Wiedziałam, że ta partia ciała musi przytyć, tam się ten tłuszcz musi pojawić. To było najgorsze. To było strasznie ciężkie.
D: A miałaś takie dni, że się czułaś źle ze sobą w momencie, gdzie waga wzrastała?
K: Pewnie, że tak. Czułam się gruba, zalana – wiem, że bardzo nie lubisz tego słowa – ale ono idealnie obrazuje to, jak się w tamtym momencie czułam.
D: A jak jest teraz? To się zmieniło?
K: Tak. Zmieniło się. Dalej mam tak, że w konkretnych partiach swojego ciała widzę, że jest tam czegoś więcej, ale już mnie to tak nie cofa ani nie robi aż takiego wrażenia, jakby robiło jeszcze rok temu. Staram się to zaakceptować i z tym pogodzić. Szczególnie, że widzę, że ja wciąż jestem jedną ze szczuplejszych osób wśród swojego towarzystwa, więc to też jest takie, że: ok, w takim razie jeszcze trzeba troszkę przytyć. Uprawiam też sporo sportu i jednak dbam o siebie, więc mogę wyglądać naprawdę fajnie, jeżeli przytyję jeszcze kilka kilo.
D: Tak. Zwłaszcza też, że u Ciebie nadal jest problem jeszcze z miesiączką.
K: Tak, niestety.
D: Jak teraz wróciłaś do mnie, to pierwsze co powiedziałaś, że chcesz mieć kiedyś dzieci. Nie ma tego okresu i wiesz, że musisz przytyć i to jest dla Ciebie najważniejsze teraz.
K: Tak, dokładnie. To mnie właśnie napędza. To jest ta rzecz, która usuwa na bok wszystkie diabełki w głowie i mnie napędza. Zaczynam myśleć o tych sprawach coraz poważniej i mam już nawet w głowie jakieś swoje powiedzmy terminy. Wiem, że takich rzeczy do końca nie da się zaplanować, ale ja wiem mniej więcej, co, jak, kiedy i tak dalej, więc do tego dążę. Są sytuację, gdzie ja już czuję, że moje ciało jest coraz bardziej gotowe, żeby odzyskać miesiączkę i widzę czasami jakieś drobne symptomy tego, ale jednak wciąż jej nie ma, więc wiem, że jeszcze trochę przede mną.
D: Fajnie. W praktyce rzadko spotykam się z takim nastawieniem, jakie Ty masz, ale też może po prostu mam kontakt często z dziewczynami na innym trochę etapie. W końcowym faktycznie większość już ma takie nastawienie bardziej na luzie co do ciała, raczej się skupia na zdrowiu. Na początku w zaburzeniach często jest tak, że myślimy sobie: a, okres co tam – nie ma, to mam przynajmniej spokój.
K: Ja miałam dokładnie to samo. Tak sobie myślałam: a, co tam okres – przynajmniej fajnie wyglądam, co tam się będę przejmować.
D: To jest przerażające z perspektywy czasu.
K: To jest bardzo przerażające. Teraz wiem, jakie to było głupie i gdybym mogła cofnąć czas, to bym go po prostu cofnęła i nie byłoby całej tej historii, ale niestety nie mogę tego zrobić. Mogę tylko zrobić wszystko, żeby to naprawić.
D: I żeby pomóc trochę innym poprzez chociażby takie nagranie.
K: Tak. Szczególnie, że ta droga jest ciężka i dla mnie ona też była bardzo ciężka – ona dalej jest ciężka – ja dalej często szukam gdzieś wsparcia, bo wciąż go potrzebuję. Ale wiem, że jestem gotowa to zrobić.
D: To jest też piękne. Dobrze, że o tym mówisz, bo niekiedy może się wydawać, że przy wychodzeniu z zaburzeń odżywiania wystarczy zacząć pracować z dietetykiem, dostać dietę i tyle, nie? Ale to tak nie jest. To jest dużo, dużo cięższe, bo tych wyzwań jest bardzo dużo.
K: Niestety. Mi też się kiedyś wydawało, że wyjście z zaburzeń odżywiania to tylko przytycie. Że jak przytyję to już będę zdrowa. Nie. To też jest naprawienie swojej głowy.
D: Dokładnie. Odżywić to jedno – i to jest bardzo ważne – ale drugie to jest wyjść poza wszystkie swoje diabły w głowie. Czyli challengeować – jak to powiedziałaś kiedyś – że już nauczyłaś się sama sobie robić wyzwania.
K: Tak, to prawda. Czasami jest taka sytuacja, że chłopak do mnie mówi: to co, zamawiamy dzisiaj pizzę na kolację? A ja już miałam w głowie, że jem twaróg z pieczywem żytnim. Staram się wtedy zawsze zgodzić się na pizzę i jednak postarać się cieszyć czasem spędzonym z drugą osobą.
D: Po prostu na drugi plan dać dietę a na pierwszy to, co jest ważne.
K: Tak, dokładnie.
D: Zwłaszcza, że i tak się przecież zdrowo odżywiasz, więc te 20-30% diety, która będzie przetworzona, jest jak najbardziej ok i pozwala bardziej cieszyć się takimi społecznymi sytuacjami. Nie skupiać się w końcu na jedzeniu ciągle.
K: Tak, to prawda. Ja też często miałam problem z rozmową z drugą osobą podczas jedzenia. Zbyt skupiałam się na tym, co jem, ile jem – niż na tym, co mówiła do mnie druga osoba.
D: W takim sensie, że to była święta chwila? Taka celebracja?
K: Tak, trochę tak. Celebracja i też przykładowo, jeśli to był posiłek w restauracji, to musiałam się mocno skupić na tym, żeby przypadkiem nie zjeść go całego.
D: Rozumiem. Zwłaszcza, że też nie wiadomo nigdy ile jest kalorii w takich daniach.
K: Tak.
D: Fajnie. Dzięki za podzielenie się tym wszystkim, bo myślę, że dla Ciebie nie jest to aż takie trudne – dzielenie się tym – bo jesteś z tym oswojona, ale mimo wszystko odważyłaś się opowiedzieć o tym wielu osobom. Także bardzo Ci dziękuję. Jeszcze chciałam się zapytać na koniec czy chciałabyś przekazać jeszcze kilka słów wspierających, motywujących dla słuchaczy?
K: Tak, jasne. Warto wychodzić z zaburzeń odżywiania przede wszystkim dlatego, że w momencie w którym ja wstałam z tego łóżka i stwierdziłam, że kończę z zaburzeniami i chcę przytyć, i chcę zacząć jeść – to w moim życiu zaczęło się wydarzać bardzo dużo pozytywnych rzeczy. Moment, w którym ja stwierdziłam, że walczę o swoje życie, jednocześnie życie pozwoliło mi na to, żeby było lepiej. Uważam, że to jest tego warte. To jest bardzo ciężka droga, ale warto też współpracować ze specjalistą, bo w tej sytuacja Dorota bez Ciebie byłoby mi bardzo ciężko – bez Ciebie raczej bym tego nie zrobiła. Wsparcie bliskich też bardzo dużo daje, rozmowa z nimi. Jeżeli wstydzimy się rozmawiać z rodzicami, to nawet z najbliższą koleżanką, przyjaciółką. Ci ludzie nie zawsze nas rozumieją do końca, bo ciężko zrozumieć zaburzenia odżywiania, jeżeli się nigdy ich nie przechodziło, ale jeżeli nakreślimy dobrze sytuację, to otoczenie naprawdę potrafi wspierać bardzo. Dlatego walczcie o siebie, o swoje życie, bo macie tylko jedno i szkoda tego straconego czasu. Ja straciłam bardzo dużo czasu, straciłam bardzo dużo znajomych, bardzo dużo wyjazdów, wyjść i żałuję tego, ale niestety nie cofnę już czasu.
D: Nie cofniesz, ale świetnie zawalczyłaś o sobie. Dziękuję Ci za przemiłe słowa i bardzo miło obserwować mi Twoją drogę. Fajnie było się spotkać dzisiaj.
K: Ja też dziękuję za zaproszenie i jeżeli ten podcast pomoże chociaż jednej osobie to też będzie dla mnie sukces.
D: Super. Bardzo się cieszę i na pewno będę dawać Ci znać odnośnie komentarzy, które się pojawią pod tym podcastem, bo dużo później dostaję wiadomości, więc będę Ci przekazywać je.
K: To super. Pewnie.
D: Dzięki Karolina, bardzo.
K: Dzięki Dorota.
Jeśli masz pytania, po prostu napisz podcast@dieta-sportowca.pl
0 Komentarzy